Selena powoli się odwróciła. Za nią stała Pattie ze
skrzyżowanymi rękoma na piersi.
-Hej – mruknęła speszona dziewczyna. – Ja mam pilną sprawę,
muszę jechać.
-Gdzie? – spytała Pattie władczym tonem.
Selenę to zdziwiło. Była przecież dorosła, ta kobieta nie
powinna żądać od niej wyjaśnień, zwłaszcza w taki sposób, jakby była jej matką!
-Na miasto – odparła wymijająco, mrużąc oczy.
-W takim razie dlaczego się kryjesz?
Co?
-Nie kryję się – skłamała Selena. – Nie chciałam nikogo
obudzić.
Tym razem to Pattie zmrużyła oczy, po czym poszła do salonu.
Rozdrażniona dziewczyna stała jeszcze przez chwilę na korytarzu. Po co jej te
informacje? Po prostu wychodzi. Odwróciła się i wyszła na zimne, nocne
powietrze. Chłód, który buchnął w jej rozgrzaną twarz orzeźwił ją. Selena
wzięła kluczyki i otworzyła samochód. Skrzywiła się. Pomimo kilkutygodniowej
terapii nadal bała się pojazdów, i przy każdej styczności z nimi przypominała
sobie wypadek, który zmienił tak wiele. Wraz z napływającymi wspomnieniami jej
oczy wypełniły się łzami. Otarła je pięścią i usiadła za kierownicą. Nie ma
teraz czasu na rozżalanie się nad przeszłością, której nie zmieni.
Wsiadła do samochodu pierwszy raz od nieszczęśliwego
zdarzenia. Przygryzła wargę. Nie była pewna, co ma robić, ale gdy przypomniała
sobie o Lazy bez wahania przekręciła kluczyki w statyjce. Przełknęła głośno
ślinę, odetchnęła głęboko i wyjechała na ulicę. Przypomniała sobie terapię, i
to, co mówiła jej pani psycholog- że ma nie myśleć podczas jazdy o tym, co się
stało, więc rozluźniła się i równocześnie skupiając się na drodze, zaczęła
układać historyjkę o jednorożcach, ścigających się po tęczy- w końcu dobiegły
do jej końca. Stał tam garnek złota. Krasnoludek w zielonym kaftanku powiedział
im, że teraz skarb należy do nich. Konie ucieszyły się i zaprosiły malca do
siebie na podwieczorek.
Na chwilę oderwała się od banalnej opowieści dla
pięciolatków i wróciła do rzeczywistości, żałując, że nie jest teraz na miejscu
jednego z jednorożców, zajadających ciastka i popijających je herbatą.
Przypomniała sobie, co powiedziała Lazy- magazyn za miastem. Magazyn za
miastem, magazyn za miastem, magazyn za…
-Już wiem! – syknęła do siebie i skręciła w podjazd jednego
z domów. Zawróciła i pojechała na obrzeża miasta.
Magazyn, o którym mówiła Lazy, to stare miejsce, gdzie
spotyka się młodzież. Robią tam nieprzyzwoite rzeczy, od picia, po seks.
Chowają tam też narkotyki, jednak żadna służba (mimo wielu próśb i zaskarżeń)
nie zajęła się tym.
Selena dojechała pod ciemny las. Od jego lewej strony
rozciągała się łąka, a pośrodku stał duży, ledwo stojący budynek, a raczej
zawalająca się konstrukcja z powybijanymi szybami i licznymi dziurami.
Zaparkowała przed nią i przełykając ślinę, wyszła z samochodu. Żołądek podszedł
jej do gardła, gdy w mieście włączyła się syrena pożarowa. Zaczęła trząść się
ze zdenerwowania, a nogi miała jak z waty. Przecież ten facet powiedział, że
przyjeżdżając tu, idzie na pewną śmierć. Wzięła kilka głębokich wdechów. Po
kilku minutach uspokoiła się. Musi działać szybko, w najgorszym przypadku
zastanie tylko zwłoki Lazy. Wzdrygnęła się na samą myśl, jednak teraz się nie
wycofa. Najwyżej będzie miała zrytą psychikę i będzie uczęszczać na terapię do
końca życia.
Powolnym krokiem podeszła pod drewniane drzwi. Przyłożyła do
nich ucho, a te skrzypnęły. Skrzywiła się, upewniła się, że nie złamią się w
pół i nasłuchała. Do jej uszu dotarła tylko wciąż wyjąca syrena. Po kilku
chwilach ucichła. Selena wzdrygnęła się, jednak nadal nie słyszała żadnych
dźwięków od środka. Może cała ekipa tam stoi i czeka, aż wejdzie? Zatrzęsła się
od strachu. Odetchnęła pare razy i nacisnęła klamkę. Drzwi skrzypnęły,
szarpnęły i stanęły otworem. Kiedy myślała, że zwymiotuje ze strachu, okazało
się, że żaden bandyta nie stoi przed nią i nie wymierza w nią pistoletem.
Przełknęła ślinę, której zbierało się coraz więcej i trzęsącymi się rękoma
szukała włącznika światła. Wiedziała, że jest tutaj prąd, ponieważ przychodziła
tu czasem z Justinem, żeby odetchnąć od innych. Po kilku chwilach jej dłoń
natrafiła na włącznik. Mała żarówka wisząca na drucie oświetliła słabo
pomieszczenie. Rozejrzała się. Panował tu straszny bałagan- bielizna, zużyte
gumki, butelki, niedopałki papierosów i brudne materace. Jeden z nich był upaćkany
krwią. Przymknęła na chwilę oczy. W powietrzu unosił się smród ludzkich
wymiocin. Po prawej stała drabina, prowadząca na górę. Jeszcze raz rozejrzała
się i podeszła do prymitywnych schodów. Wchodząc po trzeszczących szczeblach żarliwie
modliła się, żeby znalazła tam nikogo innego oprócz zdrowej i całej Lazy. Jej
strach był tak wielki, że aż go nie czuła. Gdy dotarła na szczyt, wychyliła
głowę. Jej wzrok natrafił na szczątki ludzkiej ręki. Wrzasnęła i zatoczyła się.
Szczebel załamał się pod jej ciężarem, jednak zdołała złapać się czegoś, co
wystawało z podłogi. Podciągnęła się i ukucnęła na deskach. Puściła się
uchwytu, który uratował jej życie, nie chcąc wiedzieć, co to jest. Na poddaszu
smród mieszał się z wymiocinami i rozkładającym się ciałem. Kolacja podjechała
Selenie do gardła. Zwróciła posiłek, pochylając się nad słomą. Ocierając łzy i
ignorując nasilający się zapach i brzydki smak w ustach, rozejrzała się. Walały
się tu kościotrupy i szczątki ludzi. Skrzywiła się. Na chwilę zapomniała, po co
tu przyszła. Przypomniała sobie o Lazy i zmrużyła oczy, chcąc dostrzec coś
więcej. W kącie był materac, a na nim coś leżało, przykryte kocem. Modląc się,
żeby była do żywa Lazy, Selena podczołgała się tam. Czując, że żołądek znów
podchodzi jej do gardła, odgarnęła jednym ruchem koc. Zobaczyła swoją
przyjaciółkę leżącą w kałuży krwi. Przełknęła ślinę i zmierzyła jej puls.
Nierównomierny, ale wyczuwalny. Odetchnęła z ulgi. Zapomniała nawet rozpłakać
się ze szczęścia. Teraz jej celem było zawiezienie Lazy do szpitala. Nie mogła
zadzwonić po pogotowie- za bardzo się bała, że bandyci wrócą. Uznała, że
przyjaciółka mogła mieć coś złamanego, więc delikatnie odwróciła ją na plecy,
po czym wzięła ją na ręce. Po wielu trudach i męczarniach zeszła z nią na dół.
Nie miała czym przeciąć węzłów, więc musiała uważać, żeby jej nic nie złamać.
Działała jak w transie, a gdy się z niego obudziła, uświadamiając sobie, że
bandyci mogą lada chwila wrócić, Przyśpieszyła kroku. Nie wiedziała, skąd
znalazła siłę ani wytrzymałość, której zawsze jej brakowało, ale słyszała o
matkach, które same przewracały samochody, żeby uratować swoje dziecko, więc
pomyślała, że to coś w tym stylu. Gdy położyła Lazy na tylnych siedzeniach,
zaczęła czuć niemiłosierny ból w nadgarstkach i rękach. Zaczerpnęła powietrza
i je rozmasowała. Spojrzała na
przyjaciółkę. Teraz zauważyła jej rozwalony nos i krew sączącą się z tyłu jej
głowy. Usłyszała wtedy wołanie:
-Hej!
Odwróciła się gwałtownie. Jakiś mężczyzna w kominiarce
właśnie wychodził z magazynu. Nie zauważyła go wcześniej. Zaczął biec w jej
stronę. Podziękowała sobie w duchu, że zaparkowała z dala od budynku i weszła
do samochodu. Coś uderzyło o tylnią szybę. Kamień. Wystraszyła się tak bardzo,
że długo nie mogła trafić kluczykami w
stacyjkę. Myślała, że minęły wieki, zanim odpaliła wóz. Ten czas wystarczył
jednak, żeby mężczyzna uczepił się tyłu pojazdu. Spojrzała w lusterku. Wyjmował
właśnie z kieszeni kurtki pistolet. W ataku paniki gwałtownie wycofała, po czym
ruszyła przodem, skręcając w różne strony. Dopiero gdy uderzyła tyłem w drzewo,
mężczyzna puścił się samochodu. Selena nacisnęła pedał gazu i wyjechała na
opustoszałą ulicę. Facet w kominiarce jednak szybko doszedł do siebie i zaczął
strzelać. Trafił dwa razy w auto, jednak nie zranił dziewczyny. Tymczasem ta
uśmiechnęła się z satysfakcją, jednak szybko mina jej zrzedła, gdyż drogę
zastąpił jej czarny samochód.
Bardzo, BARDZO długo pracowałam nad tym rozdziałem. Pisałam go trzy razy, bo komputer resetował mi się akurat, gdy go kończyłam. Nie poddaję się i piszę dalej :)
Każdy komentarz jest dla mnie na wagę złota, naprawdę.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ