piątek, 9 maja 2014

Siedemnastka



Selena powoli się odwróciła. Za nią stała Pattie ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
-Hej – mruknęła speszona dziewczyna. – Ja mam pilną sprawę, muszę jechać.
-Gdzie? – spytała Pattie władczym tonem.
Selenę to zdziwiło. Była przecież dorosła, ta kobieta nie powinna żądać od niej wyjaśnień, zwłaszcza w taki sposób, jakby była jej matką!
-Na miasto – odparła wymijająco, mrużąc oczy.
-W takim razie dlaczego się kryjesz?
Co?
-Nie kryję się – skłamała Selena. – Nie chciałam nikogo obudzić.
Tym razem to Pattie zmrużyła oczy, po czym poszła do salonu. Rozdrażniona dziewczyna stała jeszcze przez chwilę na korytarzu. Po co jej te informacje? Po prostu wychodzi. Odwróciła się i wyszła na zimne, nocne powietrze. Chłód, który buchnął w jej rozgrzaną twarz orzeźwił ją. Selena wzięła kluczyki i otworzyła samochód. Skrzywiła się. Pomimo kilkutygodniowej terapii nadal bała się pojazdów, i przy każdej styczności z nimi przypominała sobie wypadek, który zmienił tak wiele. Wraz z napływającymi wspomnieniami jej oczy wypełniły się łzami. Otarła je pięścią i usiadła za kierownicą. Nie ma teraz czasu na rozżalanie się nad przeszłością, której nie zmieni.
Wsiadła do samochodu pierwszy raz od nieszczęśliwego zdarzenia. Przygryzła wargę. Nie była pewna, co ma robić, ale gdy przypomniała sobie o Lazy bez wahania przekręciła kluczyki w statyjce. Przełknęła głośno ślinę, odetchnęła głęboko i wyjechała na ulicę. Przypomniała sobie terapię, i to, co mówiła jej pani psycholog- że ma nie myśleć podczas jazdy o tym, co się stało, więc rozluźniła się i równocześnie skupiając się na drodze, zaczęła układać historyjkę o jednorożcach, ścigających się po tęczy- w końcu dobiegły do jej końca. Stał tam garnek złota. Krasnoludek w zielonym kaftanku powiedział im, że teraz skarb należy do nich. Konie ucieszyły się i zaprosiły malca do siebie na podwieczorek.
Na chwilę oderwała się od banalnej opowieści dla pięciolatków i wróciła do rzeczywistości, żałując, że nie jest teraz na miejscu jednego z jednorożców, zajadających ciastka i popijających je herbatą. Przypomniała sobie, co powiedziała Lazy- magazyn za miastem. Magazyn za miastem, magazyn za miastem, magazyn za…
-Już wiem! – syknęła do siebie i skręciła w podjazd jednego z domów. Zawróciła i pojechała na obrzeża miasta.
Magazyn, o którym mówiła Lazy, to stare miejsce, gdzie spotyka się młodzież. Robią tam nieprzyzwoite rzeczy, od picia, po seks. Chowają tam też narkotyki, jednak żadna służba (mimo wielu próśb i zaskarżeń) nie zajęła się tym.
Selena dojechała pod ciemny las. Od jego lewej strony rozciągała się łąka, a pośrodku stał duży, ledwo stojący budynek, a raczej zawalająca się konstrukcja z powybijanymi szybami i licznymi dziurami. Zaparkowała przed nią i przełykając ślinę, wyszła z samochodu. Żołądek podszedł jej do gardła, gdy w mieście włączyła się syrena pożarowa. Zaczęła trząść się ze zdenerwowania, a nogi miała jak z waty. Przecież ten facet powiedział, że przyjeżdżając tu, idzie na pewną śmierć. Wzięła kilka głębokich wdechów. Po kilku minutach uspokoiła się. Musi działać szybko, w najgorszym przypadku zastanie tylko zwłoki Lazy. Wzdrygnęła się na samą myśl, jednak teraz się nie wycofa. Najwyżej będzie miała zrytą psychikę i będzie uczęszczać na terapię do końca życia.
Powolnym krokiem podeszła pod drewniane drzwi. Przyłożyła do nich ucho, a te skrzypnęły. Skrzywiła się, upewniła się, że nie złamią się w pół i nasłuchała. Do jej uszu dotarła tylko wciąż wyjąca syrena. Po kilku chwilach ucichła. Selena wzdrygnęła się, jednak nadal nie słyszała żadnych dźwięków od środka. Może cała ekipa tam stoi i czeka, aż wejdzie? Zatrzęsła się od strachu. Odetchnęła pare razy i nacisnęła klamkę. Drzwi skrzypnęły, szarpnęły i stanęły otworem. Kiedy myślała, że zwymiotuje ze strachu, okazało się, że żaden bandyta nie stoi przed nią i nie wymierza w nią pistoletem. Przełknęła ślinę, której zbierało się coraz więcej i trzęsącymi się rękoma szukała włącznika światła. Wiedziała, że jest tutaj prąd, ponieważ przychodziła tu czasem z Justinem, żeby odetchnąć od innych. Po kilku chwilach jej dłoń natrafiła na włącznik. Mała żarówka wisząca na drucie oświetliła słabo pomieszczenie. Rozejrzała się. Panował tu straszny bałagan- bielizna, zużyte gumki, butelki, niedopałki papierosów i brudne materace. Jeden z nich był upaćkany krwią. Przymknęła na chwilę oczy. W powietrzu unosił się smród ludzkich wymiocin. Po prawej stała drabina, prowadząca na górę. Jeszcze raz rozejrzała się i podeszła do prymitywnych schodów. Wchodząc po trzeszczących szczeblach żarliwie modliła się, żeby znalazła tam nikogo innego oprócz zdrowej i całej Lazy. Jej strach był tak wielki, że aż go nie czuła. Gdy dotarła na szczyt, wychyliła głowę. Jej wzrok natrafił na szczątki ludzkiej ręki. Wrzasnęła i zatoczyła się. Szczebel załamał się pod jej ciężarem, jednak zdołała złapać się czegoś, co wystawało z podłogi. Podciągnęła się i ukucnęła na deskach. Puściła się uchwytu, który uratował jej życie, nie chcąc wiedzieć, co to jest. Na poddaszu smród mieszał się z wymiocinami i rozkładającym się ciałem. Kolacja podjechała Selenie do gardła. Zwróciła posiłek, pochylając się nad słomą. Ocierając łzy i ignorując nasilający się zapach i brzydki smak w ustach, rozejrzała się. Walały się tu kościotrupy i szczątki ludzi. Skrzywiła się. Na chwilę zapomniała, po co tu przyszła. Przypomniała sobie o Lazy i zmrużyła oczy, chcąc dostrzec coś więcej. W kącie był materac, a na nim coś leżało, przykryte kocem. Modląc się, żeby była do żywa Lazy, Selena podczołgała się tam. Czując, że żołądek znów podchodzi jej do gardła, odgarnęła jednym ruchem koc. Zobaczyła swoją przyjaciółkę leżącą w kałuży krwi. Przełknęła ślinę i zmierzyła jej puls. Nierównomierny, ale wyczuwalny. Odetchnęła z ulgi. Zapomniała nawet rozpłakać się ze szczęścia. Teraz jej celem było zawiezienie Lazy do szpitala. Nie mogła zadzwonić po pogotowie- za bardzo się bała, że bandyci wrócą. Uznała, że przyjaciółka mogła mieć coś złamanego, więc delikatnie odwróciła ją na plecy, po czym wzięła ją na ręce. Po wielu trudach i męczarniach zeszła z nią na dół. Nie miała czym przeciąć węzłów, więc musiała uważać, żeby jej nic nie złamać. Działała jak w transie, a gdy się z niego obudziła, uświadamiając sobie, że bandyci mogą lada chwila wrócić, Przyśpieszyła kroku. Nie wiedziała, skąd znalazła siłę ani wytrzymałość, której zawsze jej brakowało, ale słyszała o matkach, które same przewracały samochody, żeby uratować swoje dziecko, więc pomyślała, że to coś w tym stylu. Gdy położyła Lazy na tylnych siedzeniach, zaczęła czuć niemiłosierny ból w nadgarstkach i rękach. Zaczerpnęła powietrza i  je rozmasowała. Spojrzała na przyjaciółkę. Teraz zauważyła jej rozwalony nos i krew sączącą się z tyłu jej głowy. Usłyszała wtedy wołanie:
-Hej!
Odwróciła się gwałtownie. Jakiś mężczyzna w kominiarce właśnie wychodził z magazynu. Nie zauważyła go wcześniej. Zaczął biec w jej stronę. Podziękowała sobie w duchu, że zaparkowała z dala od budynku i weszła do samochodu. Coś uderzyło o tylnią szybę. Kamień. Wystraszyła się tak bardzo, że długo nie mogła trafić kluczykami  w stacyjkę. Myślała, że minęły wieki, zanim odpaliła wóz. Ten czas wystarczył jednak, żeby mężczyzna uczepił się tyłu pojazdu. Spojrzała w lusterku. Wyjmował właśnie z kieszeni kurtki pistolet. W ataku paniki gwałtownie wycofała, po czym ruszyła przodem, skręcając w różne strony. Dopiero gdy uderzyła tyłem w drzewo, mężczyzna puścił się samochodu. Selena nacisnęła pedał gazu i wyjechała na opustoszałą ulicę. Facet w kominiarce jednak szybko doszedł do siebie i zaczął strzelać. Trafił dwa razy w auto, jednak nie zranił dziewczyny. Tymczasem ta uśmiechnęła się z satysfakcją, jednak szybko mina jej zrzedła, gdyż drogę zastąpił jej czarny samochód. 


Bardzo, BARDZO długo pracowałam nad tym rozdziałem. Pisałam go trzy razy, bo komputer resetował mi się akurat, gdy go kończyłam. Nie poddaję się i piszę dalej :)
Każdy komentarz jest dla mnie na wagę złota, naprawdę. 
CZYTASZ=KOMENTUJESZ

3 komentarze: